Archiwum z May 2008 r.

No i po wyprawie

18 May

Wczoraj w późnych godzinach wieczornych zawitaliśmy w Krakowie.

W międzyczasie zatrzymaliśmy się jeszcze na jedną noc w Ankarze, gdzie spotkaliśmy się z moją koleżanką, która zabrała nas do lokalnej knajpki serwującej domowe potrawy. Mieliśmy okazję się przekonać, że tureckie jedzenie nie samym kebabem stoi. Wyszliśmy tak najedzeni, że następnego dnia ciężko było zmieścić śniadanie :)

(more…)

Kapadocja

15 May

Hejka. Juz dwa dni wloczymy sie po dolinach Kapadocji. Wczoraj poruszalismy sie wehikulem jednosladowym (marki Kymco, 125ccm) :) Mielismy stylowe helmy i przemierzalismy okolice z zawrotna predkoscia. Skorzystalismy tez z prawdziwej tureckiej lazni (zlokalizowanej w dosc zabytkowym budynku w Urgupie). Turecka laznia polega na tym, ze wchodzi sie do srodka, dostaje stylowy reczniczek-sciereczke i zaczyna sie caly proces, ktory przebiega nastepujaco:

- prysznic – siada sie obok mini wanienki z marmuru, bierze sie specjalna miseczke i polewa sie goraca woda, zeby przyzwyczaic sie do temperatury otoczenia (a juz w tej sali jest dosc goraca)

- sauna – wchodzi sie do wydzielonego pomieszczenia (w naszym przypadku stylowej budki z drewna w sali z glownym kamieniem), gdzie, jak to zazwyczaj w saunie, nie mozna za bardzo oddychac bo parzy w plucach (w tej byla marmurowa lawka do siedzenia, ale siedzenie okazalo sie niemozliwe, tzn probowalem i nawet wytrzymalem… 30 sekund)

- masaz – przechodzi sie do sali, gdzie po obmyciu przez masazayste drapiaca szczota (na szczescie nie pumeksem) i namydleniu kladzie sie na laweczce i wykonywany jest masaz z namydlaniem, ktory oprocz masazu ma wlasciwosci mocno czyszczaca-myjace (ale jak mi koles zlozyl ramiona, to cos mocno gruchnelo :) )

- goracy kamien – wraca sie do glownej sali i oddaje sie relaksowi wylegujac na goracym marmurze, dobre wrazenia.

Wychodzi sie mocno czystym. W sumie wyszedlem bez skory, ktora by mi zeszla po opaleniu i tak i tak :)

(more…)

Goreme – miasto z kamienia

13 May

Hej!

Meldujemy sie z powrotem z Turcji. Konkretnie z Goreme w Kapadocji! Dotarlismy tu dzisiaj nad ranem po nocnej podrozy autobusem z Istanbulu. Jak to powiedzial Greg, Kapadocja ma byc wisienka na torcie w naszej podrozy – zobaczymy co z tego bedzie ;-) Dzisiaj zameldowalismy sie w tym miescie i zajrzelismy do okolicznych dolinek. Goreme samo w sobie to miasto, w ktorym ludzie zyli i dalej zyja w domach wydrazonych w skalach – jednym slowem jaskiniowcy. Sprawia to ciekawe wrazenie :-) Poza Goreme takie domki, a moze przede wszystkim bizantyjsie koscioly, mozna spotkac w wiekszosci dolinek Kapadocji, ktora sama w sobie stanowi nieco ksiezycowy krajobraz. Ale powstrzymam sie od dalszych komentarzy, niech zdjecia mowia same :-)

(more…)

Galilea i Morze Srodziemne

11 May

Od trzech dni podrozujemy naszym karawanem, to jest spizarnia, kuchnia, sypialnia, jadalnia i pokoj dzienny w jednym. Inna nazwa tego wehikulu to Daihatsu Sirion (obadajcie w internecie jak wielki samochod mamy :) ).

Zwiedzilismy kawal swiata: Gory Gilboa, Nazaret, Tiberiade, Kane Galilejska (kupilsmy nawet wode w sklepie spozywczym, ale nie zamienila sie w wino, nie bylo tez zadnych wesel w okolicy), Kafarnaum (tu widzielismy dom sw. Piotra i calkiem stylowy kosciol nabudowany nad nim), jezioro Galilejskie (to samo, po ktorym chodzil Jezus), gore Tabor (kto zgadnie co tam sie stalo?), gore Blogoslawienstw (dla ulatwienia bylo ich osiem i nie zdarzyly sie na gorze Tabor), wzgorza Golan (naprawde piekna okolica), Safed (miasto kabalistow), Akke (slynny port krzyzowcow, byli tu nawet Krzyzacy :) ) a na koniec nadajemy z piekielnie drogiej kafejki w Hajfie. Dzisiaj zamierzamy przejechac jeszcze do Tel Avivu, zeby jutro teleportowac sie do Turcji.

Jak dotad z noclegami, jak na Izrael, uklada sie doskonale. Najpierw u siostr Nazaretanek (najwyzszy standard dorma jak dotad, za 40 szekli, oczywiscie stargowane) i jakies 300m od domu sw. Piotra, w naszym karawanie. Budzetowo doskonale. Zgadnijcie, gdzie bedziemy spac dzisiaj ;) Dla ulatwienia dodamy, ze karawan sie sprawdzil :)

(more…)

Odrobina Palestyny

9 May

Z Ammanu wyruszylismy lokalnym transportem do Izraela. Bus dowiozl nas okolo 2km od granicy i tam sie zaczelo. Najpierw przejscie po stronie jordanskiej kilku absurdalnych, ale szybkich kontroli (to bylo dopiero preludium). Pozniej czekanie, az autobus, ktory ma nas przewiezc przez Most Krola Husseina ruszy – ponad godzina czekania bez sensu, az sie zapelni. Nastepnie rozczarowanie samym mostem. Chyba jakies 20 metrow dlugosci nad rzeka, ktora w tym miejscu wyglada jak strumyk.

Jednak sen pijanego idioty, jak to mawial moj nauczyciel z WOSu, mial sie dopiero zaczac. Przywieziono nas na strone izraelska rzeki, tam wsrod wielu palestynczykow musielismy oddac nasz bagaz (jak na lotnisku), stac w trzech albo czterech kolejkach, pokazywac paszport najmniej 7 razy i znowu odpowiadac na pytania, po co, dlaczego i kiedy. Tym razem jednak pani byla milsza. Chyba dlatego, ze juz raz nas wpuscili. Za to amerykanow przed nami niezle przetrzepali. Dzwonili nawet do ich hotelu sprawdzic, czy nie sciemniaja z rezerwacja. My rezerwacji nie mielismyi tak, podalismy tylko, ze moze sie zatrzymamy znowu u siostr :) Dobrze, ze nie przyczepili sie do maramiji (pisownia niedokladna) w moim plecaku (dobre ziolko, ktore dodaje sie do herbaty). Przywioze troche to sprobujecie ;) Oczywiscie na pytanie, czy bylismy albo zamierzamy wyjechac na Zachodni Brzeg (czyli na terytoria palestynskie, odpowiedzielismy, ze nie :) .

No i tym sposobem po jakichs 3 godzinach bylismy spowrotem w Izraelu, tylko po to, zeby po kilkunastu minutach siedziec w autobusie na Zachodni Brzeg, a dokladniej do Beth Lehem znanego u nas jako Betlejem.

(more…)

Ostatnie dni w Jordanii

7 May

Hej! Po dniu nieobecnosci nadajemy z Ammanu – stolicy Jordanii. Ale zaczne po kolei.

Wczorajszy dzien spedzilismy w Danie. Bardzo malej, prawie opuszczonej wiosce, o bardzo starej i ladnej zabudowie (choc wiekszosc budynkow to juz ruina). Dodatkowo uroku dodaje jej polozenie nad malownicza dolina, ktora obecnie objeta jest rezerwatem. Na miejscu wybralismy sie na przechadzke po dolinie sprytnie omijajac nakazy oplaty za wstep ;-) Generalnie to byla to bardzo relaksujaca wycieczka, z krotka drzemka na sloncu :-) A po drodze spotkalismy 2 kameleony i ptaszki, ktore Greg ocenia jako kolibry :-)

Ale moze dodam jeszcze jak dotarlismy na miejsce. Otoz udalo sie nam zabrac z spotkanymi wczesniej Francuzami (co do orientacji ktorych mialem watpliwosci, hehe) wynajmujacymi samochod. Po drodze odwiedzilismy ruiny zamku krzyzowcow Shaubak. Najciekawszym ich fragmentem okazal sie tunel o dlugosci ponad 300m prowadzacy w dol zamku az do podstawy gory, na ktorej stoi. Jednak z racji sporych ciemnosci bylismy zmuszeni sie wycofac z eksploracji. Z zabojadami, ktorzy pojechali dalej, pozegnalismy sie w Danie.

Na miejscu poznalismy jeszcze jednego bardzo ciekawego Francuza. Mikrobiologa, pracujacego w organizacji Lekarze Bez Granic, ktory byl wlasnie na tygodniowym urlopie ze swojej misji w Iraku. Milo bylo posluchac o wszystkich miejscach, w ktorych pracowal juz od 4lat (Sudan, Etiopia, Birma, Thailandia) i o zwiazanych z nimi przygodami (niekoniecznie przyjemnymi).

No a dzisiaj bladym switem wyruszylismy do stolicy. Amman jako metropolia sam w sobie nie jest celem naszej podrozy, ale stanowil miejsce wypadowe wycieczki do Jerashu oraz jurzejszego powrotu do Izraela. Tak, wiec Jerash, dawne Rzymskie miasto z bardzo ladnie zachowanymi ruinami zaliczylismy dzisiejszym popoludniem, a jutro rano kierujemy sie na zachod z powrotem do Izraela.

Niestety z przyczyn technicznych nie mozemy dolaczyc zdjec, bo nie pozwala na to kafejka :-( Buuu… Tymczasem, borem, lasem!

Petra

5 May

Od dwoch dni lazimy po Petrze i jest dobrze. Bardzo dobrze.

Petra ma wiele twarzy. Twarz pierwsza to wszystkie te fasady wyrzezbione w skalach, imponujacych rozmiarow i tym bardziej zaslugujace na uwage, gdy wezmie sie pod uwage, ze stworzono je ponad 2000 lat temu, kiedy w Polsce za borostworami i zubrami uganiala sie po puszczy banda facetow w krotkich majtkach :) Gdyby jednak traktowac Petre jako zbior ciekawej architektury, to z pewnoscia nie trafila by na liste nowych siedmiu cudow swiata (nie, zebym sie osobiscie zgadzal z ta lista, ale to nie ma w tej chwili znaczenia).

Druga twarz Petry nie ma wiele wspolnego z architektura i ludzka reka. Chodzi o polozenie. Dolina poprzecinana kanionami, imponujacej dlugosci Siq (wawoz, ktory powstal z rozstapienia sie skaly, tak, ze jego dwie sciany pasuja do siebie jak wielkie puzzle) – wszystko to sprawia, ze nawet gdyby nie bylo tu ani jednej ludzkiej budowli sam rejon bylby warty odwiedzenia z powodu swojej naturalnej urody.

(more…)

Dzien z beduinami

4 May

Za nami kolejny dzien podrozy. Tym razem odwiedzilismy pustynie Wadi Rum w Jordanii. Po wczesnej pobudce i przejechaniu 30km taksowka dotarlismy do wioski, z ktorej wyruszaja wszystkie wycieczki na ta pustynie. Organizowane sa przez beduinskich biznesmenow, wygladajacych jak szejkowie z Arabii (vide zdjecia ponizej).

W naszym przypdku padlo na Zidane’a. Nie za bardzo chcial sie z nami targowac, ale jego dystyngowana osoba i szybkie rozeznanie sie w cenach w okolicy przekonaly nas, ze 35 dinarow (~105zl) to uczciwa cena za dobe z jedzeniem na pustyni.

Poznym rankiem wyruszylismy starym pick-upo-jeepem z reszta zalogi (wsrod nich 2 Koreanki, para japonska i Amerykanin). Cala idea wycieczki polega na tym, ze beduin wozi nas tym autkiem po pustyni pokazujac rozne ciekawe miejsca, a my je podziwiamy. Pewnie zastanawia was co mozna ogladac na pustyni… Otoz mozna, bo to nie jest taka pustynia piaszczysta w wydmami tylko skalna. Pelno gor i skal (tak w ogole to jest tez chyba niezly spot wspinaczkowy) o przeroznych kolorach z dominujacym czerwony. Generalnie okolica robi wrazanie. No i przy okazji jest niezle goraco, chodzenie boso po rozgrzanym piasku nie bylo najlepszym pomyslem

Popoludniem dotarlismy do celu czyli beduinskiego obozu. Okazalo sie jednak, ze do zmroku i kolacji pozostalo pare godzin, wiec razem z amerykaninem (Troicem, studentem fotografiiz Kaliforni – mieli o czym gadac z Gregiem) wybralismy sie na przechadzke. Wdrapaslismy sie na jedna z pobliskich gor by popodziwiac widoki i popatrzec jak to na pustyni nie dzieje sie absolutnie nic :-) Dla rozrywki porzucalismy sobie kamieniami w przepasc i pozrzucalismy pare glazow (wiem, glupia zabawa, ale tam nie bylo szans, zeby komukolwiek zadac tym jakas szkode).

(more…)

Dalej na poludnie

2 May

Al salam alejkum. Z Jordanii.

Droga tu byla dluga i intensywna. Przelecialo jak z bicza strzelil i nawet nie bylo kiedy zakomunikowac o tym swiatu. Ale po kolei. Opuscilismy siostry przedwczoraj rano porannym autobusem do Ein Gedi nad Morze Martwe. Sam zjazd z Jerozolimy do morza to pokonanie ponad 1000m roznicy wzniesien. Zapytacie, jak to mozliwe, skoro Jerozolima lezy jakies 700 m nad poziomem. Otoz Morze Martwe lezy w wielkiej dziurze :) Tak wielkiej, ze okoliczne szczyty, mimo, ze ogromne (Wiktor mialby na to pewnie jakies inne okreslenie w swoim mlodziezowym slangu) ciagle sa pod poziomem morza. I w tej oto wyladowalismy w najwiekszej na swiecie depresji (okolo -400 m). Sami jednak bylismy z dala od bycia w depresyjnym stanie. Nad Morzem Martwym wyksztalcil sie ciekawy zawod: bezrobotny ratownik :) W tym morzu nie da sie utopic, ale na plazy byl ratownik, ktory nie mam pojecia co tam robil. Beztrosko sie unoslilismy na wodzie, w sumie dalo by sie przeplynac do Jordanii bez zadnego wysilku, wystarczylo by od czasu do czasu machnac reka czy noga. Pozniej do glowy wpadl nam pomysl odwiedzenia starozytnej twierdzy zydowskiej Masada. Mimo przekonywania przez lokalnych, ze nie zdazymy – udalo sie. A to dzieki stopowi zaoferowanemu przez jakiegos Kanadyjczyka.

Masada – gigantyczna gora, a mimo to jej szczyt pewnie ledwo siega poziomu morza. Na gorze byla kiedys oblegana dlugie miesiace przez rzymian twierdza. Wbrew obawom miejscowej ludnosci, nie tylko zdazylismy zwiedzic, ale tez zalapalismy sie na autobus do Eilatu, izraelskiego miasta nad Morzem Czerwonym.

(more…)